środa, 15 grudnia 2010

Ground 12 - Tajnosti - Sekrety


Mam ochotę usiąść i podumać... tak streściłbym treść filmu, który opowiada o człowieku który nagle budzi się z odrętwienia wygodnego życia i chce trochę przeżyć. Film Tajnosti - w naszej wersji Sekrety - wyświetlany m.in. na TVP Kultura 08-12-2010, przebudził mnie i dał siły na kolejne dni (przynajmniej do czasu zapomnienia). Obudził wiele i uświadomił, że życie składa się nie tylko z chwil w których kombinujemy jak spełniać narzucane schematy, ale również składa się z chwil kiedy kontemplujemy dotychczasowe błędy, wypaczenia oraz narzucone przez "wychowawców" schematy. Uwielbiam tą produkcję za prostotę i powtarzalność scen w których możemy przystanąć razem z głównym bohaterem. Wczuwamy się - jak on - w margines życia, w chwile kiedy nam nie zależy, kiedy niezależnie od naszej pozycji, tego co wypada lub co nie wypada wybieramy opcje wręcz przeciwne naszej naturze dbającej o przetrwanie. Idziemy pod prąd z pełną ignorancją konsekwencji, które od czasu do czasu wbijają małą szpilę w nasz tył głowy. Taki właśnie jest ten film. Taki jak nasze życie które momentami przypomina o bezsensowności walki przynajmniej w naszej skali, skali mikro..

piątek, 26 listopada 2010

Ground 11 - Le petit jesus Zombie Star


Lokalizacja: Bydgoszcz - fotografia przedstawia najmniejszego jezusa na świecie - "błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli" (Ewangelia J 20, 19-31)
Opis: Powiększ swojego jezusa o 15cm, a będzie on największym na Świecie! Oczywiście mowa o podobno największym jezusie w Polsce. Stosując nomenklaturę wakacyjnych produktów konsumpcyjnych jest to jezus amerykański - przykłady można mnożyć: amerykańskie jagody, amerykańskie lody, czyli wszystko w wymiarze XXL. A czy Ty masz już swojego mega jezusa? Jeżeli nie to zaprasza Cię gmina Świebodzin.
I tu nasuwa się porównanie do nieszczęsnego krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, który to krzyż również został uprzedmiotowiony i upodlony, przez co dla wielu osób nie stanowi już żadnej świętości, a tylko co najwyżej produkt kultury masowej, przedmiot sporu. My ludzie zwykle stawiamy na największe skale, ale czy skala nie mogłaby się liczyć również w skali mikro? Czy nie warto byłoby zorganizować happening-u i na rynku jakiegoś miasta - najlepiej na podniższeniu (przychodzi mi na myśl centrum np. Sosnowca z przepięknym podniższeniem) postawić najmniejszego jezusa na świecie? Za szklaną osłoną mógłby pozować przed specjalnymi lunetami dzięki którym dałoby się go w ogóle dostrzec. Do tego wszystkiego dodać małą choreografie, a mianowicie odtworzyć na placu scenę z Salta nawiązującą do tańca chochoła, ale z udziałem ucharakteryzowanego jezusa z przewieszonym przez ramię krzyżem, grającego na kontrabasie, a wokół tańczyliby w hipnotycznym transie ludzie... nic dodać nic ująć.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Ground 10 - Rozwojowa refleksja


Sympatycznie i zdrowo - siedzę w pracy myśląc ile to już pieniędzy dzisiaj nie zarobiłem i gdzie jeszcze zajrzeć, co jeszcze przeczytać - zostawiam to, czas coś zarobić - przygotowuję ofertę całkiem bez jakiegokolwiek stresu - przecież cały ten zgiełk i tak mnie nie obchodzi - i chociaż ciągle to powtarzam to jednak gorsze dni napawają mnie obawą, że robię za mało i nie wnoszę wkładu za naszą i Waszą sprawę. Rozwój - ROOZZWWÓJJ - chcę się rozwijać! Znowu ta bzdura rozwojowa, aż napawa mnie potrzeba zwijania na przekór ogólnie przyjętym normom kultury masowej. Rozwój wg dużych firm to szkolenia i szkolenia na których i tak nie robi się nic poza opieprzaniem, chlaniem i czasami pieprzeniem - i za tym nie przepadam - lubię dymać, ale ogólnie przyjęte normy i schematy. Czy człowiek musi się wstydzić tego, że uważa rozwój materialny - bo przecież o takim rozwoju mówi 90% społeczeństwa - za nie godną uwagi sprawę drugorzędną, bez której można się obyć w jakimś tam stopniu? Ale nie o tym chciałem prawić - koniec zgorzkniałych wynurzeń zalatujących popkulturowym truizmem. 

A zatem o czym chciałem prawić? Ano o tym, że koncert The National sprzed tygodnia (Teatr Rozrywki - Chorzów - Ars Cameralis) był naprawdę zjawiskowy, ba jak mawiają niektórzy reduktorzy radiowi było to jedno z najważniejszych wydarzeń koncertowych tego roku. Ponieważ na muzyce się nie znam, nie odpowiem Wam czy było to jak The Shitshits z lat 70tych z nutką Fakmajdikuf, czy było noir, czy było fłar - po prostu było genialnie! Nie powiem też, że przypominają R.E.M, bo wyprali kiedyś skarpetki w tej samej części miasta, ale powiem - posłuchajcie ich muzyki, a być może przypadnie Wam do gustu, szczególnie jeśli chwile refleksji są dla Was istotne. 
Nie fair byłbym również gdybym nie wspomniał o grupie Midlake, która wystąpiła przed The National, na deskach tego samego teatru. Nie fair ponieważ byłem również zauroczony i pod wrażeniem, ale w tym przypadku faktycznie muzyka trochę bardziej do teatru, bo już odtwarzanie jej w samochodzie czy w domu bez odpowiedniego nastawienia (wymagany warunek: depresyjne zdarzenie obyczajowe) w moim przypadku nie sprawdziło się (chociaż myślałem, że będzie inaczej).
Jeżeli tu dotarłeś żegnam i kłaniam się uniżenie

poniedziałek, 15 listopada 2010

Ground 9 - Mój punkt gie


Zapraszam dziś do byłej "Fabryki Wózków Dziecięcych Inwalida PSS Stołem", gdzie odbędzie się performance znanego i obiecującego w pewnych kręgach designera Ajucha Konopki. Performance pt. Rola restauratorek powierzchni poziomych w przestrzeni publicznej na gruncie właśnie sprzątanym... tylko tyle, albo aż tyle
Lokalizacja:  zbliżona do jednej z wcześniej prezentowanych - ta fotka to mój problem rozliczenia z przeszłością czyli z listą zamieszczoną u rOzaLindy, a przynajmniej punktem 1 i 9.
P.S. + chroniczna tęsknota za niechcianą sławą.. + kryzys wieku średniego + -

poniedziałek, 8 listopada 2010

Ground 8 - Cisza


Odpuszczam, bez sens istnienia wepchnął mnie w taki jakiś pusty stan. Zaczynam cieszyć się z tego co mnie otacza i takim jakim jest. Co polecicie na dziś? ja polecam Klausa K.

środa, 22 września 2010

Ground 7 - Cichy indywidualizm


Lokalizacja: nieistotna
Z rozmyślań o: Ten post dedykuje wszystkim, którzy z łatwością wyszydzają to co wyszydzać wypada i "kochają" to co zaliczane jest do pożal się boże awangardy. Że tak powiem - zawsze lśnimy światłem odbitym i im bledsze światło tym bardziej zaliczamy siebie do intelektualnej śmietanki świata - ale uwaga nie można w ten sposób marginalizować całych społeczności. To, że akurat słucham Budki Suflera, Celine Dion, czy radiowej 3jki nie powinno mnie skreślać z listy tych którzy odkryli, że takie zachowania są delikatnie mówiąc niemodne (przynajmniej w ich kręgach). A są takie oryginały, które ulubione stacje radiowe mają na innych kontynentach i błyszczą tym bladym światłem przywołując go co rusz i fakt ten odnotowując - nie dorastam im nawet do górnej części kostki małego palca u nogi. Oczywiście będąc w grupie takich intelektuarogantów łatwiej jest utrzymać pion - poza tym swój swego nie tknie, unikają wojen domowych i stroszą piórka przed towarzystwem wzajemnej adoracji. Nigdy tego nie lubiłem i zawsze przez to zamykałem swój świat przed innymi - mam już chyba taki charakter przyciągający szczególnie toksyczne jednostki prześmiewcze - zawsze na maksa i zawsze po bandzie.  Efekt takiego przyciągania to hermetyzowanie mojego świata przed innymi i nie wyrażanie poglądów, które narażają na śmieszność (stąd blog) - a wszystko przez jakichś ograniczonych wariatów bez piątej klepki za to z szóstym zmysłem.
Jakby tego nie ujmować znowu obserwuje chęć otwarcia na świat, ale każda interakcja strasznie ściera moje nowe podeszwy - do żywego - tak czy inaczej uważajcie co mówicie i kiedy, bo łatwo jest poddać się mechanizmom autodestrukcji czyli poddać pierwotnym instynktom i potrzebom.. a jeżeli ktoś stwierdzi, że to co tu stoi jest truizmem, proszę go bardzo, ale takie osoby odstawiam raczej na margines kreślony długopisem.
No to teraz może pokażę czego należy się wstydzić tak naprawdę: Tak wygląda tuba propagandowa.
Jako ciekawostkę powiem, że to co usłyszeliście wpłynęło na zmiany w stacji, a audycja została zdjęta z ramówki.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Ground 6 - o jesieni, o relaksie, o wszechświecie

Lokalizacja: Przy głównym dworcu kolejowym jednego z większych miast w Polsce - Torunia. Związek z poniższym tematem? - czysto refleksyjny.
Z rozmyślań o: Czasami opuszczają nas siły, czasem opuszcza nas motywacja do dalszej pracy i nie wiadomo w co ręce włożyć - kompletna degrengolada, bez satysfakcji. Taki marazm postaci dotyka mnie raz na jakiś czas - z obserwacji stwierdzam, że jest to zwykle przed zmianą pory roku.
Właśnie wczoraj poczułem jesień, która nie ubłagalnie się zbliża. Coś jak miniaturka jesieni życia, ale dotycząca tego konkretnego momentu w roku. Pojawia się smutek i nawet jeśli po tygodniu zagonienia usiadamy żeby zrealizować siebie w kompletnie innym wymiarze aniżeli ten który oferuje codzienność, nagle okazuje się, że nie mamy satysfakcji z planowanych "zajęć relaksacyjnych". Spalamy się żalem o krótkości chwili, którą otrzymaliśmy i dopiero gdy kolejny dzień zredukuje naszą przestrzeń czasową, myślimy już o następnej okazji, kiedy poświęcimy się temu czego pragniemy. Duży udział w takim stanie umysłu w moim przypadku ma właśnie przemijanie pór roku.
Zabawne, że syci życiem bywamy akurat w tych dniach bez chwili wytchnienia, bo gdy przychodzi wytchnienie, nie wiemy co z nim zrobić, gubimy się. Mam nadzieję utrzymać formę i nie dać się stłamsić nowemu jesiennemu porządkowi - chociaż natura chciałaby inaczej, chciałaby nakarmić mnie nad miarę i przygotować do zimy, uśpić czujność, roztyć. I znowu czeka mnie walka i znowu jak co roku się poddam, bo lubię ten czas, a każda chwila rządzi się swoimi prawami i trzeba umieć się jej poddać.. ale wszystko w umiarze.
Zatem wracam do pracy i sprężam się, żeby odnaleźć porządek dnia, pomimo zmieniających się okoliczności przyrody - a wszystko dla dobra wszechświata, czy może raczej przeciwko niemu.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Ground 5 - Chodnikowe filozofie


Lokalizacja: Południowe miasto Polski - takie jakich wiele w naszym kraju.
Przywołuje mi na myśl pewne rozważania o sensie życia pewnego autora komiksów. Gdybym był żabą, pewnie tylko tyle albo aż tyle obejmowałaby moja perspektywa - zresztą czy ludzka perspektywa jest szersza?
Z rozmyślań o: W zasadzie nie ma w tym zdjęciu nic specjalnego, ale przypomina mi o chwilach w których po strasznym stresie i zabieganiu nagle siadam sobie gdzieś na boku zurbanizowanej natury i chłonę ją bez reszty uświadamiając jak to czym byłem ostatnio zaabsorbowany nie ma żadnego znaczenia. Są to chwile, które teoretycznie nie zaspokajają żadnych moich potrzeb, ani nie realizują mnie, ale pozwalają przypomnieć sobie, że wszystko do czego dążyłem, dążę czy będę dążył w konfrontacji z "naturą" jest wartością bliską zeru. Lubię wszystko zamykać w perspektywie globalnego wszechczasu  w którym każdy mój ruch, każda spożytkowana energia jest tylko cząstką wielkiego organizmu (który beze mnie i miliona takich jak ja w naszych krótkich życiach i tak osiągnie swoje cele). Kontemplowanie natury po momencie przesilenia psychicznego, kiedy wydaje mi się, że już nie dam rady więcej, pozwala na złapanie drugiego oddechu. Ubóstwiam te momenty, ubóstwiam ten stan zbliżony do upojenia alkoholowego lub narkotykowego, ale lepszy bo nie kosztujący mnie nic, ani centa fizycznego czy psychicznego zmęczenia. To prawie coś jak "Ignorance is a bless...", te chwile uwalniają mnie od popędów, potrzeb, obaw, te chwile to wentyl bezpieczeństwa bez którego system na pewno by się zawiesił.

sobota, 31 lipca 2010

Ground 4 - Nieznośna lekkość bytu


W zasadzie fotka miała dotyczyć zupełnie innej sytuacji, ale skoro się przytrafiło to przejdę do konkretów, będzie o roztargnieniu. Czasami brnąc do przodu jak na powyższej fotografii zapominamy, że pozostawiamy coś za sobą i wcale nie mam na myśli wielkich rzeczy tylko .. ale do szczegółów przejdę zaraz. A było to tak.

Zostałem powołany do służby małżeńskiej celem nabycia kilku produktów spożywczych w drodze po pracy w jednym z hipermarketów - misja samotna w pojedynkę - jeden mały facet, wielki sklep i miliony dziwnych produktów. Przyznam, że jest to jedna z najgorszych rzeczy jakie przychodzi mi czynić w życiu i nie powiem żebym był zachwycony zaistniałą sytuacją.

Akcja sklep szła ciężko. Po wielu konsultacjach telefonicznych - co do weryfikacji produktów - z moją partnerką życiową, udało mi się skompletować odpowiednie warzywa posiadające żądane parametry objętościowe, wagowe itp. Cała operacja na dziale warzywnym trwała bez mała 40 minut i z uwagi na pewne niedobory w asortymencie nie zakończyła się 100% powodzeniem, ale tak czy inaczej poczułem swego rodzaju satysfakcję.

Po etapie pierwszym udałem się w kierunku kolejnych sekcji o wiele mniej zajmujących (tych z niższym levelem trudności) i po kilku kolejnych skompletowanych produktach dotarłem do działu z alkoholami celem nabycia słodkiego wina deserowego. Dział alkoholowy jak to w takich sklepach bywa zajmuje jedną alejkę z dodatkowymi półkami po środku przedzielającymi ją na dwie wąskie ścieżki. W jednej z nich zaparkowałem swój koszyk z dotychczasową zdobyczą i nie oddalając się od niego o dalej niż półtora metra zacząłem studiować wina deserowe. Po odnalezieniu stosownego gatunku sięgnąłem do zaparkowanego wózka i jakież było moje zdumienie, gdy w trakcie rozplanowywania właściwego umiejscowienia nowego nabytku okazało się, że zawartość wózka nie odpowiada temu co zakodowała moja pamięć. Zamiast warzyw w środku zalegały ciasteczka, cukierki i inne zbędne mi przedmioty! Definitywnie nie był to mój koszyk, ale stał dokładnie tam gdzie zostawiłem swój. W pierwszej chwili zweryfikowałem pamięć i stwierdziłem, że albo mam kompletną amnezję i nie pamiętam po prostu co było w środku, albo ktoś z roztargnienia zabrał mój niedoszły dobytek. Po przeszukaniu działu alkoholowego oraz najbliższej okolicy tegoż działu potwierdziły się moje obawy - wózek został nieświadomie uprowadzony... Stałem jak wryty wymachując rękami. Gdybym był słyszalny telepatycznie rozległby się straszny krzyk wyrażający rezygnację, złość i bóg wie co jeszcze - rozłożyłem ręce i czekałem... Zastanawiałem  się jak bardzo trzeba odpłynąć mentalnie żeby nie zorientować się w zawartości koszyka zakupowego i odjechać na tyle daleko żeby nie móc powrócić i go odnaleźć.
Po pięciu minutach bezowocnego czekania poddałem się i z perspektywą konieczności ponownej wizyty na warzywniaku postanowiłem udać się w tamtym kierunku. Przez myśl przy okazji przeszły mi wszystkie gry, które po niepowodzeniach zmuszały do powtarzania czasochłonnych etapów od początku bez taryfy ulgowej. No cóż pomyślałem, przecież to nie pierwszyzna tylko tym razem w realu. I wtedy w najmniej spodziewanym momencie pojawił się on! Właściciel podmienionego czterokołowca nadjechał z przeciwka - nomen omen, jak się okazało, obywatel Niemiec. Ech.. jakaż była moja radość, gdy okazało się że w końcu zorientował się w sytuacji i zaczął poszukiwania utraconego dobytku. Z wrażenia wyciągnąłem rękę a uściskom dłoni nie było końca. To się nazywa Wymiana Międzynarodowa - bez słów, bez zbędnych negocjacji - czyste emocje i ta dziecięca radość!

Z rozmyślań o: Na zakończenie dodam, że wg pani obsługującej dział alkoholowy taka sytuacja zdarza się często.. Widocznie, alkohol ma coś takiego, że miesza w umysłach nawet przed spożyciem. Cóż, czyli nawet przewożenie alkoholu może być niebezpieczne - "Nigdy nie jeżdżę z alkoholem".

niedziela, 25 lipca 2010

Ground 3 - Próżne żale



Powiedzmy, że stoję na skraju lasu i mam wyjść na cholerne słońce i rozgrzane do czerwoności chodniki wielkiego miasta.. Tak się właśnie czuję przed jutrzejszym zetknięciem z szarą rzeczywistością, schematami dnia itp. niewolnictwem codziennej pracy, której nie nazwałbym swoim powołaniem. To zabawne uczucie ma chyba każdy - coś pomiędzy smutkiem po imprezie, gdy ostatni goście opuszczają dom następnego dnia, a złością przed nieuniknionym zanurzeniem w codzienności. Dodatkowo przytłacza mnie ogrom możliwości, który utrudnia wybranie właściwej drogi, a pociesza fakt, że dopóki żyję mogę wybierać.

Ha zanim jednak jutro stanę przed światem pamiętajcie ludziska, że Wy też tam jesteście!
Z rozmyślań o: I nie odwracaj się, ta droga jest jak czas nieodwracalna.

sobota, 24 lipca 2010

Ground 2 - Puszka Pandory



Do posłuchania w trakcie czytania:

No tak koniec urlopu. Powrót nie jest piękny, ale pocieszam się jeszcze jednym ostatnim słodkim dniem błogiego nic nie robienia i surfowania po necie, potem pozostanie już tylko masakra. Powyżej fotka z Rowów - fantastycznego miejsca nad naszym uroczym i zimnym Bałtykiem. Fotka jest banalna, ale ekspertem fotografii siebie nie nazywam, dlatego wrzucam to co w miarę, powtarzam w miarę się nadawało. Ostatni tydzień to dużo myślenia o komiksach i ludziach, kilka zapomnianych projektów oraz fatalna w skutkach wpadka z niepotrzebną wypowiedzią na temat sensu życia.

Z rozmyślań o: Jednym z tematów spotkań na wakacjach był jak wspomniałem sens życia - żałuje, że nie ograniczyłem się do odpuszczenia domowej filozofii i wdałem się w bezsensowną dyskusję, która otworzyła Puszkę Pandory - dosłownie i w przenośni - zamykając szczelnie pewne znajomości, a nawet stawiając mnie w bardzo ciężkim świetle przed sobą samym... Czy mówiąc o tym w co wierzymy, możemy być obłudni i pozostawać w sprzeczności z życiem jakie wiedziemy? nie wiem. Wydaje mi się jednak, że najważniejsze jest szczęście i jeżeli jesteśmy szczęśliwi (z całym naszym bagażem) to wszystko jest ok, niezależnie od naszej wiary czy nie wiary.. Dobrze też, gdy osoby z którymi utrzymujemy kontakt wiedzą o naszym zwichrowanym umyśle i akceptują nas takich jakimi jesteśmy.

P.S. Staram się pamiętać, że za ciężki bagaż może każdego z nas przewrócić, ale nawet wtedy możemy się podnieść i być może wypadnie to co spowodowało upadek. W końcu prawdziwych ludzi poznaje się po tym czy potrafią się godnie podnieść.

niedziela, 18 lipca 2010

Ground 1 - O puzzlach, serialach, trofeach i innych czasopożeraczach

Jak na załączonym obrazku. Znajdziecie tu tylko i wyłącznie przyziemne fotografie, czyli punkt widzenia jakiego zwykle się nie przedstawia. Powiedzmy, że mam taki fetysz. Na powyższym obrazku prezentuje moje ostatnie miejsce pracy - przed odchwaszczeniem wyglądało tragicznie.

Z rozmyślań o: Czyszczenie całej powierzchni kostki (zajęło trzy pełne dni) potrafi być nieźle wciągające - porównałbym to do układania puzzli, zdobywania trofeów w PS3 albo no nie wiem każdej innej czynności, która jakkolwiek głupia by się nie wydała wciąga i chcemy osiągnąć pełny sukces, zaliczyć ją w 100% (np. coś jak zobaczenie wszystkich odcinków serialu). Jeżeli taka jest natura człowieka to jaki procent czynności stanowią kompletnie głupie i nic nie wnoszące zajęcia, a jaki procent jest "pożyteczny". Ha i tu jest haczyk, bo w zasadzie nie wiadomo co jest a co nie jest pożyteczne..
W każdym razie życzę wszystkim 100% satysfakcji w swoich głupich czy mniej głupich zmaganiach, i jak najmniej chwil z uczuciem braku sytości, czy niemożności ukończenia czegoś co przestało być w naszym zasięgu zanim to ukończyliśmy..
Lokalizacja: Gdzieś w górach południowej Polski.